Andrzej Stasiuk, Grochów
Życie zaczyna się po pięćdziesiątce,głosi
popularne powiedzonko. Na pewno wiek ten otwiera pewną perspektywę,
niedostępną wcześniejszym okresom życia. Nie ma tu już miejsca
na młodzieńczą buńczuczność, brak też goryczy rozczarowania
swoim miejscem na świecie właściwym wiekowi średniemu. Jest za to
powolne godzenie się z własną śmiertelnością, coraz częstsze
spoglądanie wstecz. I właśnie o tym pisze Andrzej Stasiuk w swym
zbiorze opowiadań zatytułowanym Grochów. Cztery
opowieści pisarza, składające się na tę niewielką rozmiarami
książeczkę, zabiorą nas w podróż przez doświadczenia śmierci
i upływu czasu, których doświadczamy wszyscy. I w tym tkwi pewna
moc tych historii.
Kiedy patrzymy na przebieg życia ludzkiego pod kątem doświadczania
śmierci, możemy dostrzec wyraźne etapy, wspólne naszemu
rodzajowi. Pierwsze spotkania z umarłymi to dla większości śmierć
któregoś z dziadków lub babć. Nie rozumiemy jeszcze wiele, nie
przeraża nas własna śmiertelność, ale dostrzegamy – po raz
pierwszy w życiu – obcość umarłych. W naszych umysłach
pojawiają się obrazy związane z osobą, która odeszła, ale
zawsze są to chwile, w których stykaliśmy się z żywymi.
O tego rodzaju doświadczeniu
dzieciństwa pisze Stasiuk w otwierającym zbiorek opowiadaniu Babka
i duchy. Postać babci, prostej
wiejskiej kobiety, urasta w jego wspomnieniu do symbolu przeszłości,
której właściwie nie sposób zrozumieć. Odległość pokoleniowa,
z pozoru niewielka, ma tutaj wymiar nieprzebytej przepaści, która
oddziela na zawsze ludzi. Wszystkie próby opisu, podejmowane z
różnych perspektyw czasowych, nie mogą zakończyć się
powodzeniem. Nie sposób bowiem przywrócić przeszłości, nie
sposób ożywić zmarłych.
To opowiadanie ma także inny, głębszy sens. Opisuje świat
miniony, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Dziś pozbyliśmy
się śmierci skutecznie, nie mówimy i nie piszemy o niej na co
dzień. Walczymy z oznakami starzenia – siwizną, zmarszczkami na
twarzy i powolnym uwiądem naszych ciał na tyle skutecznie, że
śmierć, ten nieuchronny finał owego procesu nazywanego życiem,
przestała istnieć. Nie jest to zresztą jedyny problem zmian
myślenia o ludzkiej egzystencji w naszej rzeczywistości. W
nowoczesnym, pełnym elektronicznych gadżetów świecie, poddaliśmy
się dyktatowi racjonalnego myślenia na tyle, że świat duchów
zniknął z naszych umysłów równie niepostrzeżenie, co
skutecznie. W efekcie żyjemy bez refleksji. Przynajmniej do momentu,
w którym sami nie przekroczymy owej „smugi cienia”, poza którą
pojawi się myśl o własnej słabości. Być może wówczas będziemy
pilnie poszukiwać odpowiedzi, których nie będziemy w stanie
wypowiedzieć okaleczonym językiem. Nasza pamięć nie będzie w
stanie odnaleźć odpowiednich słów.
W miarę upływania naszego życia mamy jednak możliwości
zrozumienia istoty rzeczy, nawet na przekór czasom współczesnym.
Zdarza się bowiem tak, że, prędzej czy później, stajemy się
świadkami powolnego odchodzenia innych. Zmiana perspektywy, jaka
następuje w wyniku tego rodzaju smutnego doświadczenia, pozostaje
już z nami na stałe. Poprzez obcowanie ze śmiercią nieśpieszną,
śmiercią na skutek powolnej choroby, wcale jednak nie stajemy się
innymi ludźmi. Stajemy się po prostu ludźmi pełnymi, którzy
dotknęli – na tyle, na ile jest to możliwe w przypadku
obserwatora z zewnątrz – ostatecznej tajemnicy życia. Nawet
jeżeli ten dotyk zamiast przyniesienia ulgi w postaci gotowych
odpowiedzi wprowadził raczej zamęt, uosabiający się w rozmnożeniu
pytań i wątpliwości.
O tego rodzaju towarzyszeniu w
umieraniu mówi Stasiuk w pozostałych trzech opowiadaniach
składających się na Grochów.
Każde z nich opisuje jednak nieco inną sytuację, zatem warto
przyjrzeć się im osobno.
Augustyn to krótka historia
umierania nauczyciela i pisarza z Pogórza Sudeckiego. To pewien
rodzaj dotykania śmierci w sposób przypadkowy, nieciągły. Stary
człowiek po wylewie, sparaliżowany i niemy, jest tutaj kimś w
rodzaju figury buntownika, nie zgadzającego się na śmierć,
walczącego do końca na własnych zasadach. Nie on jest jednak
najważniejszy, dużo więcej dzieje się bowiem w warstwie
opisywania zderzenia – a ściślej: całego szeregu zderzeń ze
śmiercią drugiego człowieka. Nie jest to bliska osoba w rozumieniu
więzów krwi, nie jest także wieloletnim przyjacielem, z którymi
łączy narratora wiele wspólnych przeżyć. Niemniej doświadczanie
powolnej śmierci, przerywanej momentami poprawy stanu zdrowia, jest
tym, co wyciska swoje piętno na tyle silnie, że może być
odczytane przez odbiorcę nawet w chwili, gdy ułomny język nie jest
w stanie powiedzieć wszystkiego do końca.
W tym krótkim, zaledwie
kilkunastostronicowym opowiadaniu, udało się Stasiukowi pokazać
dwie prawdy, oczywiste na pozór, wiadome jakby „od zawsze”,
nawet przez tę oczywistość ocierające się o banał. Zwłaszcza
pierwsze spostrzeżenie - „Pięć, sześć, siedem
spotkań w życiu. Zawsze potem jest za mało. Zawsze potem widać,
że trzeba było częściej.”
Powyższe zdania układają się właściwie w prozatorską
translację słynnych, powtarzanych zupełnie bezmyślnie, niczym
slogan reklamowy, słów o konieczności kochania ludzi, którzy
odchodzą tak szybko. Gdy jednak spojrzeć na to nieco dłużej, z
nieco większą uwagą, prostota uderza swoją celnością. I znów
możemy, choćby przez chwilę, poczuć się ludźmi.
Drugie spostrzeżenie, dotyczące własnej niemocy podczas odwiedzin
śmiertelnie chorego, nie jest już tak oczywiste. Wstydliwa prawda o
chęci ucieczki od szpitalnego łóżka jest bowiem tyleż
powszechna, co skrzętnie ukrywana. W obliczu ostatecznej chwili nie
znajdujemy ani słów ani gestów. Często czujemy się winni, na
przykład z powodu własnej bezsilności, czasem może zwyczajnie
znudzeni. Niezależnie od pobudek nie potrafimy jednak wymyślić
roli, w którą moglibyśmy wejść. Ratujemy się więc ucieczką,
łudząc samych siebie pokonywaniem fizycznej odległości, która
zastąpi bliskość współodczuwania i nie pozwoli dostrzec naszego
zażenowania.
Tematykę towarzyszenia umieraniu
kontynuuje Stasiuk w opowiadaniu następnym, zatytułowanym Suka.
Przejmujący opis zdychającego psa jest naprawdę poruszający. To
już nie jest przyglądanie się przypadkowe, przerywane w czasie.
Suka jest mieszkanką domu, widywaną codziennie, nie da się od niej
uciec. Obraz starzenia się, choroby, umierania jest tak
przekonujący, że niezwykle łatwo przyjdzie nam zgodzić się z
innymi przemyśleniami narratora opowieści. Widok starości,
choroby, zniedołężnienia wywołuje bowiem różne odczucia.
Niekiedy jest to obojętność, przechodząca niemal w gniew.
Niekiedy zaś tkliwość.
Niezależnie jednak od uczuć, pojawiają się refleksje ogólniejszej
natury. Najbardziej dojmujące są te poświęcone eutanazji. Suka to
zwierzę, więc w gestii jej pana, człowieka, jest podjąć decyzję
o skróceniu jej cierpienia, o zabiciu jej po prostu. Stasiuk celnie
zauważa, że w przypadku zwierząt mówimy o usypianiu jedynie,
jakby miałyby z tego snu obudzić się po jakimś czasie. To jednak
zabicie, nawet jeśli wynika ze szlachetnych pobudek. Przenosząc zaś
problem na rodzaj ludzki łatwo dostrzeżemy, że skoro próbujemy ze
wszelkich sił przedłużać życie, to szybko dojdziemy do wniosku,
że skracanie tegoż też powinno znaleźć się w naszych rękach. W
końcu to my jesteśmy panami natury.
Smutna to konstatacja, ale jakże prawdziwa. Coraz mniej dziś
wątpliwości co do tego, że mamy prawo ingerować w każdy przejaw
natury tylko dlatego, że tak nam się podoba. Albo dlatego, że
boimy się bólu, strachu, niepewności. Jesteśmy bowiem w takim
momencie rozwoju, w którym po raz kolejny ustanowiliśmy się
niekwestionowanymi panami świata.
Ostatnie opowiadanie zbioru,
zatytułowane Grochów,
przynosi jeszcze jeden sposób przeżywania śmierci. Tym razem jest
to śmierć wieloletniego przyjaciela. Stasiuk pisze tutaj
najdojrzalszą, najbardziej przejmującą relację z własnych
przeżyć. Wspomnienia młodzieńczych lat pomieszane z opisem
wspólnej podróży tuż przed końcem życia bliskiego człowieka,
przytłoczonego świadomością nadchodzącego końca, stanowią
naprawdę doskonale napisane stadium ludzkiej bezradności wobec
śmierci. W jej obliczu nie tylko brakuje słów, ale zmienia się
cała sytuacja komunikacyjna. Dla osoby z wyrokiem niedługiej
śmierci ludzie bliscy stają się sobie zupełnie obcy, cały świat
staje się obcy. U drugiej strony zaś pojawia się strach. Przez
niego nie sposób mówić, nie sposób także słuchać. A może
nawet zwłaszcza słuchać. W efekcie uciekamy, próbując gorączkowo
wspominać dawne, beztroskie dni lub skupiamy się na swoim własnym
tu i teraz. Jak każda ucieczka, i ta także nie przynosi ukojenia,
ale daje choćby cień nadziei, odwlekając spotkanie z własnym
przeznaczeniem.
Jest zatem Grochów
zapisem ułomności ludzkiej kondycji, która wciąż jeszcze nie
potrafi odpowiedzieć na żadne z najbardziej istotnych pytań. Cała
nasza wiedza, ujarzmianie natury i rozwój cywilizacyjny nie są
bowiem wystarczające. Koniec końców przecież – rodzimy się i
umieramy w samotności. Samotnie zatem musimy odpowiedzieć sobie na
to, co i dlaczego ważne w naszym życiu. Ta niewielka książeczka
nie daje odpowiedzi, raczej mnoży pytania. Dzięki temu możemy
jednak choć na chwilę stanąć i spojrzeć na siebie w świecie
zupełnie innym okiem. To chyba najlepsza z możliwych rekomendacji.

Komentarze
Prześlij komentarz