Marcin Świetlicki, Czynny do odwołania
Czterdzieste urodziny zwykło uważać się za moment przełomowy w
życiu każdego człowieka. Kiedy ta chwila zbiega się z końcem
wieku, będącego jednocześnie końcem tysiąclecia, jej przeżywanie
musi być jeszcze bardziej dojmujące. Dla każdego, kto chce poznać
poetycki – a zatem subiektywny przecież – głos w tej
skomplikowanej kwestii, tomik Czynny do odwołania Marcina
Świetlickiego będzie przewodnikiem doskonałym.
Najważniejszą oznaką owego
przesilenia wydaje się być wiersz otwierający zbiór – Baczność!
Już jego początkowe strofy
ustawiają optykę odbiorcy na tym momencie przełomu: Skończyło
się dzieciństwo. Baczność – mówi Pani./ Skończyło się! - od
teraz będziemy chadzali/ czwórkami. Lub parami. Już się nie
schowamy.
Tematów jest w tym otwarciu
poruszonych kilka, wydaje się jednak, że można je pogrupować w
trzy zasadnicze zbiory, wokół których będą też krążyć inne
wiersze pomieszczone w tym tomie. A zatem po pierwsze – zmiana
świata, który dotąd nie był może zrozumiały, ale za to swojski.
Dziś czeka nas zmiana zasadnicza: Wszyscy wejdziemy przez
Europę do/ supermarketu-katedry, tam Prezydent czeka/ oraz czeka tam
na nas przemiła Autorka/ naszego podręcznika. Wszyscy zaśpiewamy/
piosenkę napisaną przez to cudne Państwo. W
tym miejscu warto spojrzeć raz jeszcze na datę wydania tomiku. Rok
2001 jest znamienny – już wiadomo, że Unia Europejska przyjmie
nas z otwartymi ramionami, już toczą się dyskusje na temat tego,
czy wchodzimy do Europy czy może nigdy jej nie opuściliśmy, czy
polska kultura (a także gospodarka, polityka, społeczeństwo jako
całość po prostu) ma coś tej „starej” Europie do
zaoferowania. Tu głos Świetlickiego podkreśla niechęć do
kultywowania polskiego kompleksu wobec zachodniej kultury i zwraca
jednocześnie uwagę na złożoność kwestii. Połączenie
supermarketu i katedry w jedno odzwierciedla bowiem to, co tak
naprawdę nas, Polaków, w tym zachodnim społeczeństwie pociąga.
Kultura konsumpcjonizmu i pewna nabożna atencja przed wyższością
kulturalną na ziemi na zachód od Odry jest właśnie tym, z czym
przychodzi nam mierzyć się od tamtej pory bardzo często. W tym
znaczeniu słowa wiersza Pstrykanie brzmią
jeszcze bardziej dosadnie, nie pozostawiając cienia wątpliwości:
Umarł Babilon./ Pstryk./ Umarł niepostrzeżenie./
Przerodził się w supermarket./ Przerodził się w telewizor.
Nie ma już wroga na zewnątrz, wróg czai się w nas samych. Tym
samym walka jest zdecydowanie bardziej wymagająca, bo wymaga przede
wszystkim rozpoznania przeciwnika, a ta umiejętność ani nie jest
nikomu dana ani też nie przychodzi łatwo.
Zmiany wewnętrzne są – co brzmi
może paradoksalnie, ale nie powinno chyba dziwić w odniesieniu do
poezji Świetlickiego – najbardziej widoczne. Wszak tworzenie
poezji jest, na swój pokrętny sposób, obnoszeniem się ze swoim
wnętrzem, swoistym wywlekaniem na światło dzienne tego, co ludzie
nie będący poetami nie dają poznać światu. Pokusa utożsamienia
podmiotu mówiącego z osobą poety jest – jak w ogromnej zresztą
liczbie wierszy krakowskiego poety – ogromna. Strofa, w której
padają słowa: Napiszemy felieton do kolorowego/ pisemka.
To doprawdy jest/ zajęcie dla prawdziwych mężczyzn. I poprowadzimy
telewizyjny program kulturalny zdaje
się wprost odwoływać do doświadczenia życiowego samego
Świetlickiego. Także tego gorzkiego, w którym miejsca na poezję
coraz mniej, bo wszystko się zmieniło, bo nastąpił koniec
dzieciństwa. Nie sposób się odnaleźć w świecie, w którym poeta
czuje swoją rolę w sposób bardzo daleki od tego, do czego
przyzwyczaili nas nasi romantycy. U progu nowego tysiąclecia nie ma
wieszczów, cierpiących za miliony, jest za to akwizytor,
który wciska śmieci nikomu.
Nie dziwi w tym momencie smutna konstatacja, wyrażona błagalną
prośbą w ostatnich linijkach Baczności:
Jeżeli istniejesz – /to przyślij esemesa. Mogę być ci
wierny./ Nic mi nie pozostało. Bo skończyło się. / Kulę i bolę
się.
Istnieje jednak granica wszystkich
tych zmian, i właśnie ona stanowi trzecią zasadniczą część
tematyki tego tomiku. To trzymanie się własnych zasad, niezmienna
niezgoda na to, by pozwolić rzeczywistości na przejęcie kontroli
nad własnym głosem. Słowa wiersza Chcenie nie
pozostawiają wątpliwości: czy jesteś dziś
przysiadalny? dałbym / wiele za to, by już przy mnie nie / cytowano
mnie, nie, to nie jest przyjemne.
Świetlicki mówi wprost o tym, że nie ma ochoty być tym, kim widzą
go inni. Osobność jest jego największym pragnieniem i zrobi
wszystko, by pozostać sobą. Nawet wówczas, kiedy ta odrębność
może oznaczać samotność, niezrozumienie, obcość. W gruncie
rzeczy bowiem pozostaje na końcu właśnie to: Sam na sam
z sercem dzwonu. [Dzwonienie]
Czynny do odwołania to tom
przemyślany. Wiersze układają się w całość, a każdy jej
element jest niezbędny do utrzymania konstrukcji. Widoczne to jest
już w doborze tytułów – począwszy do pierwszego wiersza
Baczność! aż po
ostatni Żegnanie,
ułożone alfabetycznie mają stanowić pewnego rodzaju przewodnik po
skomplikowanym świecie wewnętrznym podmiotu mówiącego. Słowa są
oszczędne, często jedynie dwa lub trzy budują wersy, a cała ich
siła polega na nieustannej grze z czytelnikiem. Zabawa w znaczenia,
nadawanie nowych konotacji i tworzenie sylogizmów sprawiają, że
lektura stanowi wyzwanie. Nie można po prostu przeczytać tego, o
czym mówią słowa. Trzeba to przeżyć. Bo poezja jest właśnie
tym – przeżywaniem świata i siebie wciąż na nowo. Szukaniem po
prostu. Stwarzaniem wciąż na nowo, bo przecież: Miasto
istnieje, jeżeli ty zechcesz. / Miasto odpływa, jeżeli chcesz. W
świecie, w którym jedyną pewnością jest nieuchronność zmiany,
ta świadomość dodaje otuchy. I to jest najważniejsza lekcja, jaką
daje nam Świetlicki.
Komentarze
Prześlij komentarz