O
książkach Primo Leviego pisałem już wcześniej.
Zrobiły na mnie takie wrażenie, że nie mogłem nie sięgnąć po
kolejną. I nie zawiodłem się. Po raz kolejny dane mi było przeżyć
coś, co pozostało na długo w mojej pamięci. Na tyle długo i
mocno, by zdecydować o napisaniu o tym.
To – od
strony formalnej przynajmniej – zbiór opowiadań. Zbiór nietypowy
jednak, bo swoim układem opisujący konkretną historię. Historię
życia autora. Mimo tego, że nie tylko z autobiograficznych wątków
się składa. Co więcej, wszystkie opowiadania mają tytuły
zaczerpnięte od nazw pierwiastków chemicznych. Ten fakt mniej
będzie dziwił, gdy przypomnimy sobie, że autor był z
wykształcenia chemikiem właśnie.
Levi
wziął tytuły swoich historii od nazw pierwiastków nie bez
szczególnej przyczyny. Jego zabieg ma sens większy, niż mogłoby
się w pierwszej chwili wydawać. W codziennym życiu zapominamy o
tym, że jesteśmy – między innymi – zbiorem, który mógłby
zapełnić większą część tablicy Mendelejewa. Właściwości zaś
pierwiastków odpowiadają bardzo często ludzkim charakterom. Jedne
są twarde, inne miękkie. Jedne bardzo rzadkie, drugie pospolite.
Zupełnie tak samo jak my.
Dostrzeżenie
tej analogii, która przecież nie przychodzi automatycznie na myśl,
staje się oczywistością już w trakcie lektury Leviego. Doskonale
napisane opowiadania umacniają w nas owo przeczucie, które
powoduje, że patrzymy na świat z większym zrozumieniem i większą
pokorą jednocześnie. O zwykłej radości istnienia nie wspominając.
Dodać
też nie zaszkodzi, że wszystko jest napisane bardzo pięknym
językiem. Przyjemność płynąca z lektury w ten sposób zwiększa
się ogromnie. Połączenie niezwykle zajmującej treści z
kunsztownie precyzyjną formą jest prawdziwą siłą tej książki. Więcej tekstów można będzie przeczytać na mojej stronie kmroczko.pl

Komentarze
Prześlij komentarz